Popradzki Staw: Górski „cheat code”, o którym warto wiedzieć

Są takie dni, kiedy człowiek budzi się rano i czuje, że góry go wzywają, ale ciało mówi stanowcze „nie” dla morderczych podejść i walki o każdy oddech. Wtedy właśnie z Agnieszką wyciągamy naszą tajną kartę: słowacką stronę Tatr. Popradzki Staw to miejsce, które działa jak swoisty skrót do innego świata. Wkładasz w drogę minimum wysiłku, a na końcu dostajesz panoramę, która zazwyczaj jest zarezerwowana dla tych, co od świtu pocą się na łańcuchach.
Kiedy pierwszy raz jechaliśmy tam z Agnieszką, przez połowę drogi dopytywała, czy na pewno idziemy w dobrą stronę. Szlak przypominał raczej niedzielny spacer w parku niż wysokogórską wyprawę. A potem wyszliśmy zza zakrętu i na dobre dziesięć minut po prostu zapomnieliśmy o bożym świecie. Słowacja ma w sobie coś takiego, że choć leży tuż za miedzą, od razu czujesz inną energię. Jest tam mniej pośpiechu, mniej komercyjnego zgiełku, a więcej przestrzeni na to, by po prostu odetchnąć.
Jak tam trafić i nie stracić nerwów?
Logistyka na Słowacji jest banalna, ale ma swoje zasady. Z Zakopanego dojedziecie tu w około godzinę. Najwygodniej kierować się na Jurgów, a potem jechać w stronę Tatrzańskiej Łomnicy i Szczyrbskiego Jeziora.
Waszym celem jest parking przy stacji Popradské Pleso (1245 m n.p.m.). Tutaj mała uwaga: czasy, gdy parking kosztował parę groszy, dawno minęły. Przygotujcie się na wydatek rzędu 10 do 15 euro za cały dzień. Rezerwacje online nie są tu jeszcze tak powszechne jak u nas, więc warto być rano, żeby nie musieć parkować kilometr dalej przy drodze.
Jeśli jednak macie ochotę na odrobinę romantyzmu w starym stylu, zostawcie auto w Starym Smokowcu i wsiądźcie w Elektryczkę (TEŽ). To kultowa kolejka wąskotorowa, która sunie u podnóża Tatr. Kosztuje kilka euro, a widoki z okna są jak z dawnej pocztówki. Wagoniki kolebią się delikatnie, za oknem migają lasy i granitowe szczyty, a Wy możecie spokojnie pić kawę z termosu.
Startujemy: drogą Asfaltową
Z parkingu ruszacie niebieskim szlakiem. Początek jest bardzo cywilizowany, idziecie asfaltową drogą, która prowadzi łagodnie pod górę Doliną Mięguszowiecką. Na samym początku przejdziecie mostkiem nad rzeką Poprad. Tutaj to jeszcze mały, niewinnie bulgoczący strumień, który dopiero dalej zmienia się w rzekę płynącą w stronę Polski.
Wiem, co myślicie: asfalt w górach? Przecież to nuda. Też tak kiedyś myślałem. Ale tutaj ta droga ma swój urok. Las wokół jest gęsty, pachnie żywicą, a co jakiś czas między drzewami pojawiają się potężne ściany Osterwy. To idealny moment na rozmowę, na którą na co dzień, w biegu między pracą a domem, nie macie czasu. My z Agnieszką zazwyczaj właśnie tutaj przegadujemy wszystkie ważne tematy, bo podejście nie jest na tyle strome, żeby brakowało tchu.
Symboliczny Cmentarz: Miejsce, w którym milkniesz
Mniej więcej po 50 minutach marszu, po lewej stronie zobaczycie żółty szlak. To najważniejszy punkt tej wycieczki. Odbijcie tam koniecznie, choćbyście byli już bardzo głodni i myśleli tylko o obiedzie w schronisku. Prowadzi on do Tatrzańskiego Cmentarza Symbolicznego pod Osterwą (Symbolický cintorín).
To nie jest zwykła nekropolia. To miejsce pamięci tych, którzy zostali w górach na zawsze. Znajdziecie tu tablice upamiętniające legendy alpinizmu: Klimka Bachledę, Mieczysława Karłowicza, a także Jerzego Kukuczkę czy Wandę Rutkiewicz. Nad wejściem widnieje napis, który zawsze przyprawia mnie o ciarki: Mŕtvym na pamiatku, živým pre výstrahu (Umarłym na pamiątkę, żyjącym ku przestrodze).
Kiedy stoicie między tymi kolorowymi, rzeźbionymi krzyżami, dociera do Was, że te piękne góry dookoła to nie tylko ładne tło do zdjęć. To potęga, która nie wybacza błędów. Cmentarz jest położony w limbowym gaju, a nad nim górują urwiste ściany skalne. Panuje tam cisza, której nie mącą nawet głośniejsi turyści. Spędzicie tam 20 minut, a wyjdziecie z zupełnie inną głową.
Popradzki Staw: Dlaczego woda jest zielona?
Z cmentarza wracacie na główny szlak i po kolejnych 20 minutach stajecie nad brzegiem jeziora. Popradzki Staw leży na wysokości 1494 m n.p.m. i ma w sobie coś magnetycznego.
Woda tutaj nie jest tak przezroczysta jak w Morskim Oku czy Pięciu Stawach. Ma specyficzny, żółtawo-zielony odcień. Dlaczego? To proste: tu tętni życie. To jedno z niewielu tatrzańskich jezior, w którym naturalnie występują ryby – pstrągi potokowe. Bogaty plankton sprawia, że woda ma swój charakterystyczny kolor. Jeśli staniecie na brzegu i będziecie wystarczająco cierpliwi, zobaczycie, jak pstrągi wyskakują nad powierzchnię, łapiąc owady.
Dolina jest zamknięta potężnymi masywami. Nad stawem dominuje Osterwa ze swoimi postrzępionymi zboczami, a w oddali widać wejście do Doliny Złomisk. Często porównuje się to miejsce do Morskiego Oka, ale według mnie to porównanie jest krzywdzące dla obu stawów. Popradzki Staw nie musi niczego udawać. Jest spokojniejszy, bardziej intymny i zdecydowanie mniej „komercyjny” w swoim charakterze.

Schronisko, sauna i knedliki
Nad brzegiem stoją dwa budynki. Pierwszy to Chata pri Popradskom plese (duże, górskie schronisko), a drugi to mniejsza, klimatyczna Majláthova chata.
Słowackie schroniska mają zupełnie inny „flow” niż nasze. W dużym budynku znajdziecie nie tylko świetne jedzenie, ale nawet saunę i bilard. My z Agnieszką zazwyczaj wybieramy Majláthovą chatę na szybką kawę, a do większego schroniska idziemy na konkretny obiad. Koniecznie spróbujcie kapustnicy (słowackiego kapuśniaku z kiełbasą i grzybami) albo parených bucht (ogromnych klusek na parze z jagodami). I oczywiście zupa czosnkowa – nic tak nie stawia na nogi po spacerze.
Jeśli po obiedzie poczujecie przypływ energii, Popradzki Staw to świetny punkt startowy na ambitniejsze trasy:
- Osterwa: Widzicie te zygzaki na zboczu góry tuż nad stawem? To szlak na Osterwę. Podejście jest krótkie, ale intensywne. Z góry Popradzki Staw wygląda jak małe, szmaragdowe oczko. To najlepszy spot fotograficzny w okolicy.
- Rysy: Od słowackiej strony wejście na najwyższy szczyt Polski jest znacznie łatwiejsze. Nie ma takich przepaści jak od strony Morskiego Oka, a po drodze mija się kultową Chatę pod Rysami, gdzie herbatę parzy się na piecu opalanym drewnem.
Powrót: Nie wracajcie tą samą drogą
Jeśli macie jeszcze siły w nogach, nie wracajcie asfaltem. Wybierzcie czerwony szlak (Magistralę Tatrzańską) w stronę Szczyrbskiego Jeziora. Trasa prowadzi zboczem góry, oferując genialne widoki na całą dolinę i odległe Niżne Tatry. Idzie się ją około godziny i kwadransa, a na końcu lądujecie nad kolejnym pięknym jeziorem – Szczyrbskim Plesem. Stamtąd możecie wrócić do auta Elektryczką (to tylko jeden przystanek).
Ważne zimą: Słowacy są bardzo restrykcyjni, jeśli chodzi o ochronę przyrody. Od 1 listopada do 31 maja wyższe szlaki są zamknięte. Wtedy Waszą jedyną bezpieczną opcją jest niebieski szlak asfaltowy. Nie próbujcie wtedy wchodzić na Osterwę czy Rysy – grożą za to wysokie mandaty, a co ważniejsze: lawiny nie wybierają.
Co wrzucić do plecaka?
- Dobre buty: Choć droga jest asfaltowa, to po bokach są kamienie i korzenie. Dobre buty trekkingowe to podstawa Twojego komfortu.
- Gotówka w euro: W schronisku zapłacicie kartą, ale parkingowy czy drobne wydatki po drodze wymagają gotówki. Słowacy cenią papierowy pieniądz.
- Kurtka i czapka: Nawet jeśli na dole w słońcu jest 20 stopni, nad stawem często wieje porywisty, zimny wiatr od Doliny Mięguszowieckiej.
Ostatnia rzecz
Dla mnie i Agnieszki Popradzki Staw to miejsce na odzyskanie równowagi. Siedzieliśmy tam ostatnio na kamieniach, nogi zwisały nam nad wodą, a my patrzyliśmy, jak nad szczytami krąży orzeł. Nikt nie robił zdjęć, nikt nie sprawdzał powiadomień w telefonie. Po prostu byliśmy.
Jeśli szukacie miejsca, które połączy komfortowy spacer z prawdziwie wysokogórskim klimatem, Słowacja właśnie pokazała Wam swoją najlepszą kartę. Spakujcie plecaki, weźcie bliską osobę i ruszajcie. Góry czekają, a Popradzki Staw smakuje najlepiej, gdy nigdzie się nie spieszycie.

